…
- Pani wejdzie.
- Nie.
- No pani wejdzie, on się musi jeszcze ogolić, ubrać.
10.25. Spóźniłam się 25 minut. Nie robię ani jednego wyrzutu. Przytulnie mi tak na krześle w odrapanym korytarzu. Grzyb wyziera z każdej ściany. Nie dam się.
- Poczekam. Jak się ogarnie, niech tu przyjdzie.
- No pani kurator, niech pani wejdzie.
Ile można. Nie znaczy nie. Ale byłam uległa, to teraz mam.
- No pani wejdzie.
- Pani Beato, powiedziałam: nie.
- No ale pani jest uparta. Tu jest zimno, przeziębi się pani.
- Nie, to pani się przeziębi. Stoi tu pani w szlafroku i piżamie.
- A bo o 2 poszłam spać.
- Imprezka?
- A gdzie tam, pani kurator, imprezka… Film musiałam obejrzeć! No pani wejdzie.
- Nie. Państwo w piżamach i łóżkach. Poczekam na Jana tutaj, tak jak ustaliliśmy.
- Obraziła się pani na mnie, bo nie powiedziałam od razu, że pije.
Nie obraziłam się. Jestem wściekła. Chociaż to nie ja mam 22 lata, z czego 2 w kryminale, a wcześniej z kuratorką rodzinną. To nie mi wszystko wisi i powiewa. Bycie miłym i kontaktowym – tylko dla tych, którzy chcą nad sobą pracować. Takie Jasie wejdą na głowę. Dozór tutaj. Strata czasu i gardła.
- Ta sytuacja pokazała, że musimy zmienić metody pracy.
- Pani kurator, to więzienie tak mu zaszkodziło. On wcześniej był grzeczny, dobry. Ja go od wyjścia nie poznaję…
- Nie wierzę w resocjalizację w zakładzie karnym. Ale Janowi ten pobyt akurat dobrze zrobił – czytał, miał czas na przemyślenia. To tutaj przewraca mu się w głowie. To ten dom mu szkodzi.
- TEN DOM?… Pani kurator, on tu ma Amerykę!
- I o tej Ameryce mówię. Pierze mu pani gacie, żarcie pod nos podsuwa, on nie ma żadnych obowiązków, żadnej dyscypliny. Pani mąż daje kasę, a gdy coś się dzieje: to przecież nie mój syn. Jan się tutaj nigdy nie usamodzielni.
- Prał sobie ostatnio spodnie.
- Chodzi do szkoły?
- No był przed świętami. W listopadzie na pewno, a potem to nie wiem. Jak pytam, to zaraz się kłóci, że się wtrącam. A i do roboty poszedł. Serpentyny, konfetti, balony sprzedaje.
- A po sylwestrze?
- Ludzie się bawią nie tylko w sylwestra…
Ściany drżą. Zapewne zielone światło, więc jeszcze z 5 minut w tym huku. Zawali się kiedyś to wszystko w cholerę. Po której stronie będę?
- Pani kurator… Może ja popełniłam jakieś błędy, nie wiem.
- Na pewno zachowała się pani nielojalnie, zatajając prawdę. Do wszelkich innych miała pani prawo. Ale tak dłużej być nie może.
- Ale wcześniej tak nie było, nie pił! Powiedziałabym pani. Miałam w domu alkoholika, jego ojciec był alkoholikiem, babka też. To jest pijacki gen, pani kurator! Ja wiem, co to znaczy, nie pozwoliłabym się mu stoczyć, o nie. Mówiłam: pijesz? Dzwonię po kuratorkę! I nie pił, ale ostatnio, jak wrócił, wyczułam i do pani zadzwoniłam.
- To jest młody człowiek. Chodzi na imprezy, na różańcu się tam nie modlą. Przychodzę zwykle dzień po. Jest na kacu – nic w tym dziwnego. A że nie ma żadnych obowiązków, włóczy się z kolegami i też – przyrody w parku nie podziwiają. To o czym my rozmawiamy teraz? Normalne, że gdy wraca, pani coś wyczuwa. Zupełnie nie o tym mówię. Nie z tym mamy problem.
- Pani kurator, to więzienie z niego tak zrobiło. Pani spyta sąsiadów, to taki grzeczny chłopiec był. On jak był mały…
- Pani Beato, mówimy o dzisiaj. Mówimy o tym, co jest teraz. Ma 22 lata, podstawowe wykształcenie, wszystko dane i zapewnione. Nic mu się nie chce – żadnych wymagań od siebie i życia. Jak długo to jeszcze potrwa? Jak się zakończy?
- Ale ja wiem, że kiedyś umrę i nie będę go karmić i tutaj trzymać do trzydziestki! Ma iść i się usamodzielniać. Dziewczynę znaleźć, co mu będzie gotować i sprzątać. Tylko gdzie taką znajdzie… Same wywłoki teraz.
- Ten rok minął. Pozostałe cztery – zanim się obejrzymy. Może z tego czasu skorzystać, jestem tu, żeby pomóc. Ale na siłę nikogo nie uszczęśliwię. Jeśli chce stać w miejscu – za ucho go nie wyciągnę.
- Dzień dobry, witam, przepraszam, że tak długo, musiałem się trochę doprowadzić do ładu.
- Dziękuję, pani Beato, teraz chciałabym tylko z Janem porozmawiać.
- Dobrze, już sobie idę.
- Ale pani na mnie patrzy… Złość i niechęć w pani oczach.
- Złość? Bezsilność, Janie.
- Miałem kryzys, ale już jest lepiej. Chciałem się stąd wynieść, pokłóciłem się z matką, dobija mnie.
- Co ze szkołą?
- Nie będę pani ściemniał, nie chodzę, skreślili mnie z listy. Mam dosyć tej klasy, dojazdów. Nie mam kasy i w tym jest problem. Pracuję teraz.
- Tak, wiem. Do Nowego Roku na pewno.
- A potem się zobaczy. Ludzie mają jakieś problemy, a co ja mam powiedzieć. Przede mną nic nie ma. Nie ma kasy, nie ma przyszłości.
- Dlaczego nie masz kasy?
- Bo nie pracuję normalnie.
- Dlaczego nie pracujesz?
- Bo jestem leniwy… nie chce mi się…
- Możesz to zmienić. Wierzysz w to, że coś możesz, cokolwiek?
- A pani może?
Aleksandra Nizioł

Wczytywanie...







#1 przez Martyna dnia 05.01.2010 - 16:30
Coż tu można dodać…ręce same opadają…
Ja pracuję z podobnymi ludzmi ,tylko na detoxie.
Może jeden na 100 ma jakieś ambicje ,żeby po wyjściu coś ze sobą zrobić, reszta wraca jak bumerangi, w dodatku są tacy ,ktorym się wydaje, że personelowi moga ubliżać do woli, zawsze można się potem usprawiedliwiać, że był w “delirce” i nie wiedział, co mówi.
Nie podniesie się sam ten, kto nie sięgnął swojego własnego dna, a współuzależniona matka mu w tym na pewno nie pomoże…
#2 przez mirek dnia 05.01.2010 - 21:35
jak 20 lat temu pracowałem w Szwecji,codziennie widziałem tamtejszych alkoholików-siedzieli grzecznie na ryneczku,czyści,trzeżwi-mieli bony na żywność,opierunek a alkohol był horendalnie drogi w wyznaczonych sklepach(np; po jednym sklepie w centrum handlowym) a piątek czynnych chyba do 20,zero alkoholu na stacjach benzynowych,piwo w normalnych sklepach miało od 0,5 do 2% alkoholu(tzw. siki weroniki) dostępność i taniość alkoholu w Polsce powoduje wpadanie ludzi o słabym charakterze, “na zakrecie życiowym” itp w ten nałóg,a wiadomo jak się zaczyna ranek od piwa to nic sensownego nie wyjdzie.