Do piekła


Uwaga! Tekst zawiera wulgaryzmy, jeśli się z tym nie godzisz, nie czytaj dalej…

– Walenty Podszewka? Tak, mieliśmy tam dwie interwencje.

– Dawno?

– Hm, pierwsza zimą, na początku tego roku, kolejna dwa miesiące temu. Zaraz, zaraz… Tak, zakłócanie ciszy nocnej, nękanie psychiczne sąsiadów. Odnotowano.

– I co z tym dalej? Zapiszę to i pozostanie w aktach sądowych, ale pan aspirant to gdzieś dalej zgłasza?

– No wie pani, gdyby ktoś z sąsiadów lub skarżących chciał założyć sprawę, to są tu oczywiście dowody, ale w tej sytuacji…

– Rozumiem. Dopóki ktoś nie umrze, nie ma sprawy.

– No troszkę pani przesadza.

– Tak, ma pan rację. Za dużo telewizji. Dziękuję, do zobaczenia.

Droga do piekła jest kręta. Przechodzę jeszcze na drugą stronę ulicy.

– Aaa, to pani kurator. No dziś to trafiła pani jak kulą w płot.

– Przepraszam, widzę, że przeszkadzam w przerwie posiłkowej, mogę poczekać.

– Nie nie, my nie mamy przerw, jemy, kiedy chcemy. W czym mogę pani pomóc?

– Potrzebuję informacji na temat Walentego Podszewki.

– A ileż my będziemy wokół niego tańcować? Nie było go u mnie od… ja wiem, Marysia, kiedy Podszewka się tu pultał ostatnio? Ze dwa – trzy lata temu. Poczeka pani, sprawdzę. No tak, 2007 rok. Od tamtej pory myślałam, że jakoś wyszedł na prostą. Ale skoro pani tu jest…

– Tak, mam dozór na cztery lata za jazdę rowerem po spożyciu alkoholu.

– O mój Boże, to temu staremu grzybowi jeszcze nie przeszła głupota? Ja nie wiem.

I pani go zresocjalizuje?

– Widocznie sąd w to wierzy. Dziękuję za informacje, do zobaczenia.

Jeszcze kawałek i będę na miejscu. Odwiedzić instytucje, popytać sąsiadów. Zapisać, odnotować, wesprzeć statystyki. Ale już sukces. Wszystkich zastałam, nikt nie wspomniał, że jego podatki marnują się na moją pensję. Jestem. Pukam do pierwszego z brzegu mieszkania. Newralgiczne sekundy. Kto otworzy, jak wygląda, co powie, co będzie potem.

– Dzień dobry, jestem kuratorem sądowym. Chciałam spytać o pana Walentego Podszewkę.

– Nie znam takiego, może tu i mieszka, ale ja nic nie wiem, nie interesuję się.

Trzask przed nosem. Strach? Obojętność? Przed kim? Dlaczego? Kolejna próba. Drzwi położone blisko numeru docelowego zapisanego w dokumentach, które trzymam w czerwonej teczce. Upał, wyślizguje mi się z ręki.

– Dzień dobry, jestem kuratorem sądowym, szukam pana Walentego Podszewki.

– No ale to nie tu, Walek mieszka dwa drzwi dalej! Numery paniusia pomyliła!

– Dobrze, dziękuję. A mógłby mi pan coś o sąsiedzie powiedzieć?

– Ja to nie bardzo, bo wychodzę zaraz, ale pani wejdzie. Żona w domu, to se pogadacie. Dominika, chodź ino. Pani jakaś o Walka pyta. Pani wejdzie dalej, tam się obiad robi.

Wchodzę. Zapachy i aromaty. Grzyby w zupie i na ścianach.

– Dzień dobry, jestem kuratorem sądowym. Chciałam spytać o pana Walentego Podszewkę. Obejmuję dozór, potrzebuję informacji od osób tutaj zamieszkałych.

– Ja pani powiem, pani młoda, nic z tego nie będzie. To stary dziad, pijak, obdartus. Ale co mi z tego, ja z nim żyć nie będę. Za to są gorsze rzeczy. Pani kochana, on spać nie daje, ja – pani patrzy – mam trójkę dzieci, a najstarsze już pracuje. Do roboty musi się wyspać. A to bydle wrzeszczy i k…wia po nocach. Tu się żyć nie da. Ostatnio wziął siekierę i zaczął po podwórku tą swoją kochanicę ganiać, że jak mu nie da na alpagę, to jej łeb odrąbie. I weź tu pani dzieci wypuść na dwór. Zuźka, ścisz telewizor! Chcę z panią pogadać. Ogląda pani „Brzydulę”? My to lubimy, oj bardzo.

– Próbowali państwo jakoś interweniować, rozmawiać z nim, ustalić coś wspólnie z sąsiadami, zgłaszać sprawę na policję?

– Wie pani, tu się każdy boi nosa wychylić. A ja co mogę zrobić? Mój stary też ma kuratora, nie czepiają się go na razie, nie zatrzymują, to też nie będzie łaził i się naprzykrzał, bo go jeszcze zamkną. A na rodzinę trzeba pracować, już nie ma wakacji w kryminale, o nie, na to nie pozwolę. Ja tu się nosem podpieram, a te byki tam leżą i wszystko gotowe i podane.

– Aż tak dobrze to chyba im nie jest, mąż pani bajek naopowiadał.

– Jaki mąż? Męża to dawno pogoniłam, pijaka następnego. Z tym nie mam ślubu i mieć nie będę. Dosyć sądów i wstydu przed ludźmi. Ale z tym Walkiem to pani coś zrobi, koniecznie. Zabrać go stąd, to trochę spokoju będzie. Ile można nie spać?

– Dobrze, dziękuję za informacje, przejdę się teraz do niego.

– Oooo, nie wiem, czy pani w ogóle cokolwiek się od niego dowie! Widziałam go dziś, do gadania to on się nie nadaje. Ale próbuj pani.

Wychodzę. Jakaś postać snuje się, szukając drzwi, do których pasowałby klucz ściskany w dłoni.

– Dzień dobry, halo halo!

– Czego tam, k….?

– Dzień dobry, szukam pana Walentego Podszewki.

– No tak, jest tu taki, a pani kto?

– Kurator sądowy.

– A, kurator. Ale Podszewka nie ma dzieci, nie ma kogo zabrać.

– Nie przyszłam po dzieci, spokojnie.

– Dobra, dobra. I tak nic dobrego tu z pani nie będzie. Małgośka!

– Co tam znowu? Dałam ci już dziś 3 złote, więcej nie dostaniesz.

– Nie, k…., kuratorka do Walka, wołaj go!

– Kto? A… dzień dobry, pani wejdzie. Ja mam trochę bałagan, bo dopiero z pracy wróciłam, ale ooo… dobrze, że pani jest. Jak dobrze. Siada pani, wszystko powiem. Herbatę?

– Nie nie, dziękuję. Pan Walenty jest w domu?

–  Tak, ale teraz leży, nie wiem, czy się w ogóle pani z nim dogada.

– Spróbuję. A pani jest jego sąsiadką?

– Tak, no… konkubiną to mówią tak teraz.

– Rozumiem. Ale nie mieszkają państwo razem?

– Nie, on ma tu pokój przez ścianę. Ale powiem pani, dramat. Chla non stop, codziennie. Jak zaczyna trzeźwieć, to wali mi w drzwi, a to zwykle godzina 2 – 3 w nocy. „Małgonia daj na alpagę, Małgonia…” I tak całą noc. I muszę dać, pani kurator! Bo jak się nie odzywam, to wali w drzwi coraz mocniej, kopie, trzaska, wrzeszczy, bluzga. Spyta pani sąsiadów, wszyscy słyszą, wszyscy nie śpią. No chyba że ktoś sam wraca do domu gorzej pijany, to mu wszystko jedno. Ale ja wstaję do pracy o 6. Kiedy mam się wyspać? A i do pracy on przychodzi! Mówiłam mu: idź stąd, nie rób mi wstydu. Wzywałam policję dwa razy. Przyjechali, zanotowali, ale zabrać go nie mogą. Raz zaczął trzeźwieć, trząsł się, jakby miał padaczkę, rzucało nim po całym łóżku, spadł na podłogę. A głosy jakie się z niego wydobywały! Mówię pani, nie potrafię tego opisać… jakby nie on, jakieś takie coś zza grobu jakby wołało, jakby jakiś demon przez niego mówił! Mówię pani, codziennie biorę proszki na uspokojenie, groby mi się śnią. Byłam ostatnio na cmentarzu, u mamy. I tak mówiłam: oj mamo, jak ja bym się już tu obok ciebie położyła. Mówię pani. Mam już dość, nie mam siły. Niech tak pani nie patrzy. Ile można nie spać? Ile można się denerwować? Ja tu nie mam życia. Myślałam, że zmienię mieszkanie, ale kto mi da takie, jak tu sobie urządziłam. A wszystko zmieniałam sama – nie wymontuję teraz! Mam dwa duże, ładne pokoje. I dobrze mi tu, tylko ten diabeł… On mnie wykończy, mówię pani.

– A teraz śpi? Bo jakoś cicho jest.

– Nieee, pewnie nieprzytomny z tego wina. Pani zajdzie do niego, może cokolwiek kontaktuje, ale wątpię.

– Dobrze, pójdę do niego, sprawdzę, jak wygląda sytuacja, a potem wrócę i coś ustalimy.

Jak wygląda diabeł wcielony? Nigdy nie chciałam się dowiedzieć. Widok piekła, jakie sami sobie fundujemy, w zupełności wystarczy. Pukam. Otworzy?

– Czego?

– Dzień dobry, mogę wejść?

– A kto? Małgosia? Wejdź!

– Pan Walenty Podszewka? Jestem kuratorem sądowym. Przychodzę objąć dozór. Witam.

– Oj… źle ze mną.

– Widzę… Jest pan w stanie usiąść i rozmawiać?

– Zaraz… się podniosę… no, już. O co chodzi?

– Sąd nałożył na pana dozór kuratora, wie pan o tym?

– Wiem, dostałem pismo, o tu gdzieś jest, zaraz pokażę.

– Dobrze, pan nie szuka. Porozmawiamy w takim razie.

Jęki i stęki. Bezsilność. Nie wiem, czyja większa. Standardowy formularz, coraz doskonalszy, bardziej szczegółowy. Empatia, wartości, stosunek do samorealizacji, refeksja nad wykroczeniami i nadużyciami, jakich dozorowany się dopuścił przed skazaniem/osadzeniem w ZK. Pierdu pierdu bla bla bla. Mam ochotę podrzeć to i spalić. Ale posłusznie pytam, słucham, uzupełniam krok po kroku. Dotykam zranień, wylewa się…

– Ty jesteś młoda, co?

– Panie Podszewka, nie jesteśmy na „ty”. Przypominam, że to nie jest spotkanie towarzyskie, więc proszę o stosowne zachowanie się w tej sytuacji.

Gadam jak profesjonalny akwizytor.

– Dobra, k….. Pani jest młoda. Ja mam 60 lat, większość spędziłem w więzieniach. Pierwszy raz mnie zamkli, jak miałem 17, czego wtedy nikt mi, k…., nie pomógł?

– Za co pana zamknęli?

– Kradłem.

–  A co wcześniej? W domu brakowało pieniędzy?

–  Wcześniej poprawczak. Od 13. roku w zakładach. A wie pani za co poprawczak? Ojciec chlał i bił matkę. Powiedziałem mu, jak dorastałem: nie bij mi, k….., matki! I raz wróciłem od kolegi, piliśmy. Wracam, a w domu ojciec znów ją tłucze. Wziąłem, co leżało na stole, nawet nie pamiętam. Było ciemno. J…. w łeb z całych sił. Zamkli mnie. Co by pani zrobiła, gdyby pani matkę bili? No… nic pani nie mówi. Heh.

– Z czego się pan śmieje?

– Bo tak pani patrzy, słucha pani pijaka. Ja jestem, k…., pijak, wie pani co to jest? Wszyscy tu pani powiedzą, co robię. Nienawidzą mnie, a ja ich. Bo to, k…, takie same pijaki jak ja. Ale ja czasem już nie mogę i krzyczę. Jak mnie delirka pieprznie wieczorem, to koniec.

– Podejmował pan kiedyś leczenie?

– Ta, zaszywał mnie zięć.

– Zięć? Czyli ma pan swoją rodzinę?

– No zięć Małgosi. To jak mój zięć.

–  Aha…

– No zaszywał mnie i wtedy nie piłem. I teraz też bym się zaszył. Ale on siedzi i nie ma kto mi tego zrobić. Jak mi pani znajdzie, to wszystko, co można.

– No dobrze, ale zaszyje się pan i poza tym trzeba się leczyć, jakaś terapia, tu, w Markach, są miejsca…

– A tam, k….. Nie chcę żadnej terapii. Zaszyć i już. Najwyżej szybciej się przekręcę.

– Niech pan tak nie mówi.

– A co, k….., ze mnie jeszcze może być? Do pracy nie pójdę, o, pokażę pani, mam nogę chorą, miałem wypadek dwa lata temu. Szyli, szyli, ale się nie zrasta, długo goi, boli. Odrąbię ją chyba. Jestem pijak. Pani nie wie, co to jest? Pani nie zrozumie pijaka.

– Pan by chciał, żeby wszyscy rozumieli pana, ale pan nikogo rozumieć nie chce.

– A tam, k….. Gówno mi wszyscy zrobicie.

– Nie o to chodzi, co zrobimy, a czego nie. Nie przyszłam pana straszyć. To pana życie. Pan musi chcieć coś robić. Pan może mieć cel lub się poddać.

– Jak byłem młody, trzeba było przyjść. Teraz szkoda pani gadania. Za późno. Sam sobie dam radę, w resztę nie wierzę.

– A ja wierzę. Wierzę w pana. Ale racjonalnie. Wierzę, że pan sobie sam nie pomoże, ale możemy coś zrobić razem. Jeszcze nie wiem co – to także zależy od pana. Nieważne, co pan o mnie myśli, proszę się śmiać, ile wlezie. Przychodzę do piekła, ale pan nie musi w nim żyć.

– Pani jest młoda. I poje…..na.

– A pan jest stary. Człowiek. I może pan…

– Ja jestem pijak. Pani nie zrozumie pijaka. Wszystkie pijaki idą do piekła.

A.N.

Komentarze nie są dozwolone.