Wielkimi krokami zbliża się ważna rocznica. Pamiętam, jak rok temu w tę datę o 17.00 dostało mi się po głowie od lokalnego patrioty za przeprowadzkę zamiast hołdu na placu Piłsudskiego wraz z kwiatem młodzieży. W dodatku przeprowadzkę do Ząbek. Skandal. Anno Domini 2010 zainspirowana informacją wrzuconą na www.forum.gazeta.pl/marki zamierzam spróbować sił w Biegu Powstania Warszawskiego. Trochę dlatego, że rodziciel ostatnimi czasy wyszperał wśród pięknych 20-letnich powstańców ‘44 kuzyna – Zygmunta Stanisława, ps. “Żyletka”, trochę w formie próby wyrażenia własnych uczuć, którymi kraj ten nieznośny darzę. Patriotyzm lokalny uprawiam już w trakcie treningów. Przebiec 10 km – rzecz niebagatelna! Ruszam. Sprintem wydostaję się z Ząbek wprost w ulicę Szpitalną. Mijam spacerowiczów, włóczęgów, mur, który na klatę sporo przyjął. Zatrzymuje się w odległości 100 metrów nieznany mi bliżej pan po spożyciu. Patrzy, patrzy… Fakt, biegnę po południu, pełne słońce, muszę wyglądać mocno egzotycznie. Mijam upojnego rowerzystę, uśmiechając się życzliwie. Ot, też sportowiec. Na Szpitalnej trenuje również matka z dzieckiem. Utrudzenie pcha wózek po wybojach, wyczynowo skręca w Ząbkowską. Takiej dyscypliny z taką nawierzchnią jej nie zazdroszczę. Dzielna. Dalej, dalej, jeszcze kawałek. Zwalniam, czuję pragnienie. Sklep z zimną oranżadą za 0,75 zł. Na miejscu – dodano fioletową kredą szkolną na tablicy informacyjnej. Kusząca propozycja, ale nie mam kasy. Może daliby na zeszyt? Ryzyko kolek i bąków. Rezygnuję. Biegnij, biegnij Forrestyno. Ua! Ktoś chyba też wpadł na pomysł dopingu. Przestraszyłam się, bo z przemykającego z prędkością światła samochodu wychylił łepetynę tajemniczy don Pedro, wrzeszcząc: “napier…laj!”. Cieszę się, że dobrze mi życzą. Upał. Nie widziałam po drodze żadnego dmuchanego basenu w ogrodzie, jakie pamiętam z czasów dzieciństwa. Może dzieci na koloniach, nad Zegrzem lub w chłodniejszych nieco domach. Pozostaje jeszcze ewentualność oszczędzania deficytowej ostatnio podobno w Markach wody. Wszystkie chwyty dozwolone. Mądrzę się, bo mieszkam na terenach puszczonych w kanał. Następny obserwator moich zmagań przysiadł pod drzewkiem z buteleczką. “Oj, oj, kobita mie goni!” – żarty trzymają się jegomościa, a mi pościg za nim ani w głowie. Szczerze mówiąc, powoli wymiękam. Zerkam na zegarek. 15.00. Chciałam przystanąć pod kapliczką na Szkolnej, ale Maryję zabrano i nie wiem, gdzie ją złożono. Cóż, w godzinie Miłosierdzia Bożego wybaczam ogołocenie mnie z tegoż postoju. Przeznaczam na krótki odpoczynek marszowy okolice kamienic. Chwila decyzji – wracać czy pobiec w Sosnową, gdzie zaciszniej? Myśli zakłóca dyskusja młodzieży popalającej na przystanku. Debata dotyczy dylematu: kupić bilet czy jechać na gapę. Młodzieniec cudnej urody konkluduje: “Spoko, tutaj kanary nie zaglądają!”. Zanim ostygnę, mam zielone światło. Zobaczymy, jak tam po drugiej stronie. Na przejściu mijam uczennicę z czasów praktyk w ZS nr 1. Porażona słońcem lub moim widokiem, nie mówi “dzień dobry”. Może dla niej dobry nie jest. Czy już za mną 5 kilometrów? Poddaję się, szukam cienia, zwalniam marsz do spaceru. Chyba pora kończyć. Jakiś morał? Nie! Lubię cię, markowe miasto. Z twoim dworem i towarzystwem, z meliną i salonem geriatrycznym. Rozkosznie jest pisać o tobie tępym piórem.
~symmetria

Wczytywanie...








Najnowsze komentarze