- Kawę czy herbatę?
- Herbatę, poproszę.
- Śmiało, wchodzi pani i siada. Chłopaki wrócą później, jesteśmy same i możemy spokojnie pogadać.
- To super. Da mi pani znać, kiedy będzie chciała wyjść, żebym się nie zasiedziała.
- Nie no, spokojnie. Oni muszą wpierw wrócić i tak na nich czekam.
Pochwalę się pani. Na wiosnę się wyprowadzam. Tylko cicho, bo tu ściany mają uszy. Chodziłam, chodziłam tak parę lat. I jest wyrok. Tak się cieszę, mówię pani!
- Wspaniale, a gdzie?
- A tu, niedaleko, na bloki. Ale będę miała gaz, wodę z kranu, inne życie. To nie koniec. W kwietniu ostatnia rozprawa – będę po rozwodzie, nareszcie wolna. Powiedzieli, że za jednym razem wszystko się uda załatwić. Trochę się boję, jak to wszystko stąd zabrać. Ale dzwoniłam już do siostry. Mają mi pomóc z mężem. On ma trochę większy samochód.
- Wszystko od nowa, co?
- A żeby pani wiedziała. W końcu. On nie dzwoni, nie interesuje się dziećmi, nie wiem nawet, gdzie jest i co robi. Chociaż mi mówią od czasu do czasu, że na Pradze go widują, czasem na trzeźwo. Gdzieś tam w tych molochach robi podobno. Ale mnie to już nie obchodzi.
- Żadnych wątpliwości.
- Żadnych. Dosyć przez tego dziada wycierpiałam. Sama jestem z rodziny, gdzie ojciec pił, bił matkę. Raz się postawiłam. Miałam 13 lat. I tylko raz mnie zbił. Ale to już jak starsza byłam. Tak, wracałyśmy z koleżanką z rekolekcji i zawołali na ognisko. A, myślimy, co tam. I żeśmy poszły. Pytam, która godzina. Taki kolega, on niedaleko mieszkał, podobałam mu się, ale z nim to akurat nie chciałam, mówi: wpółdo dziewiątej. Dobra no, myślę, do dziesiątej wrócimy. I jak weszłyśmy, to było po dwunastej. A mój ojciec był u matki tej koleżanki. Oboje – pas w ręcach. Ja pierwsza dostałam, bo pierwsza wchodziłam. Aż mnie wyprostowało. Ale powiedziałam: nigdy więcej mnie nie uderzysz. I wyrwałam mu go z ręki.
- Nie rozzłościł się jeszcze bardziej?
- Nieee, wytrzeźwiał raczej. Piątka nas rodzeństwa w domu była. Od tego czasu to oooo, wszyscy się mnie zaczęli bać. My się, wie pani, tłukliśmy. Wszędzie tak jest – jak tak obserwuję rodzeństwa. Ale gdy się coś komuś miało stać…
- Staliście za sobą murem.
- O tak! Częstuje się pani ciastkiem. Ja dobrze wyglądam, a i tak dziś swoje opindoliłam. Szefowa mówi do mnie: Klaudia, zaczynamy dietę. Ale ja się tylko śmieję. Zawsze taka byłam. Jak tylko zaczęłam szkołę i pracę. Było: spróbuj tego cukierka, a takie pączki przywieźli – musimy wiedzieć, co polecać, jak kto przyjdzie. A potem ciąża jedna, druga. I jest jak jest.
- Nie jest to chyba dla pani powód do zmartwień.
- E tam, się przejmować.
- No tak, aby do wiosny, będzie szansa na spacery, bo przy takim mrozie ciężko.
- A ja z moimi tu na górkę chodzę, na sanki. Sąsiady się patrzą, że wariatka, ale wie pani, gdzie to mam. Dobrze mi z tym, też się bawię. Zawsze taka byłam. Nie mogłabym na przykład w domu wysiedzieć. Jak mam wolną niedzielę, to szału dostaję. To przez niego tak trochę. Życia mnie nauczył. Jak siedział, musiałam sama na wszystko zarobić, starać się, o mieszkanie zadbać, do szkoły wyprawić, a potem sama do roboty szybko. Wtedy byłam w drugiej ciąży. Dobrze, że szefowa mnie wzięła. Teraz nie żałuje, bo jej dużo pomagam, ale wtedy… z litości wzięła.
- Nie przewidziała, że taką bombę zegarową przyjmuje…
- A no, powiedziała ostatnio, że jak pójdzie na emeryturę, to mi interes odda. Bo jej stary to taki obrotny nie jest. A ja – raz dwa, robię przemeblowania, urządzam, znam się na tym! Teraz chcemy jeszcze mak sprowadzać.
- Mak?
- No przyda się, przyda. My baby piekące jesteśmy, a i chłopy niektórych lubią ciasta pojeść. Poczeka pani, zaleję herbatę.
- Jasne. A jak chłopcy sobie radzą… bez ojca?
- Aaaa, wie pani, mają tyle zajęć – chodzą to na angielski, to na sporty różne. I w sumie już zapomnieli trochę. Zresztą, co tu dużo tęsknić. Jak on był, to wiecznie bluzgi szły i pretensje, nie miałam już siły. Na początku, wie pani, zakochana, wierzyłam, że zmieni się, że wychowam. W końcu sama się wystarałam, żeby go wypuścili. A potem już tylko coraz gorzej. Policja w nocy dzwoniła, że to go w izbie wytrzeźwień mają, to że gdzie indziej zatrzymali. I do mnie z informacjami. Oj, cukru nie przyniosłam! Słodzi pani?
- Nie, nie, dziękuję.
- Raz tutaj go zatrzymali, przy bazarku. I dzwonią. A mówiłam mu: pijany jesteś, nigdzie nie łaź teraz. To do bicia się wziął. Jak go nie pchnę… poleciał na szafkę, poobijał się, nawyzywał, trzasnął dźwiami i poszedł. A tam tylko czekali na takiego obdartusa pyskacza. I się nie dziwię, że dostał. Morda szczeka, morda dostaje.
- Agresywny bywał tylko po alkoholu?
- No pewnie. Tak to przytul, przytul, potulny i cicho wiecznie.
- Słuchał pani.
- A tam, też chciałam wiedzieć, co myśli czasem. Ale to taka niemowa. Tylko jak wypił, to taki chłopek roztropek, hej do przodu. Gdyby go te kolegi widziały, jaki jest na co dzień, oj nie byłby taki sławny dla nich. A, skończmy ten temat. Niech sobie robi, co chce, to już nie moja sprawa.
- Chce pani teraz być sama?
- Nie wiem, oj, wie pani, podobam się tu chłopom, ale jednego moczymordę pogoniłam, to teraz taka głupia nie będę. Zresztą mam zajęcie – praca pewna jest, dwóch mi tu rośnie, w domu robota zawsze też się znajdzie. Przepraszam, muszę otworzyć. Kto to może być o tej porze dzisiaj?
- Klaudia, wyjdź no na chwilę na dwór, mamy coś!
- Wynocha mi stąd, gościa mam!
- Oooo, salę przyjęć se zrobiłaś, od kiedy starego nie ma, no ładnie, ładnie…
- Moje uszanowanie, miła pani…
- A dzień dobry. Pani Klaudio, ja już się zbieram. Skontaktujemy się jeszcze.
- Dobrze. Odprowadzę panią… Powiem pani po cichu… Przepraszam, to stary znajomy, przychodzi w niedziele na obiad, nie wygonię na mróz teraz. Ale niech się pani nie obraża, że już musi wychodzić.
- Spokojnie. Rozumiem, wszystkiego dobrego i proszę dzwonić, gdyby się coś działo.
- Dobrze. Zaproszę panią na wiosnę, do nowego mieszkania. Jak już wszystko zmienię. Jak tylko będę wolna.
Aleksandra Nizioł

Wczytywanie...







#1 przez bożena dnia 24.02.2010 - 11:56
Brawo wreście kobieta poszła po rozum do głowy. Tak trzymać. Lepiej samej borykać sie z trudnościami niź cignać za soba nieudacznika i pijaka.